ROZDZIAŁ
3
Mam
na ciebie oko
Trzy tygodnie później…
„Uh…
Lanie, Słonko, gdzie jest ramka?”
Uśmiechałam
się do Tacka, który stał w moich drzwiach, czekając, aż Tyra pociągnie za nim i
podąży do jego motocykla, ale po słowach mojej najlepszej przyjaciółki poczułam,
jak mój uśmiech zamarł mi na twarzy.
Tack
tego nie przegapił.
Tack,
najbardziej przyzwoity mężczyzna, jakiego kiedykolwiek spotkałam (niezależnie
od tego, ile przeklinał, co było może więcej niż Hop), był również
najmądrzejszy.
Niczego
nie przegapiał.
Więc
kiedy mój uśmiech zamarł, jego szafirowo niebieskie oczy opadły na moje usta, a
ciemne brwi złączyły się.
Wzięłam
oddech i spojrzałam na Ty-Ty.
„Jaka
ramka?” - zapytałam. To było kłamstwo, a co gorsza, wiedziałam, że Tack będzie
o tym wiedział.
Tyra
też to wiedziała.
To
nie była niespodzianka. Znała mnie dobrze. Byłyśmy przyjaciółkami od dawna.
Kane
„Tack” Allen był wysoki, ciemny, przystojny i szorstki.
Był
też bardzo inteligentny, bardzo lojalny, bardzo zabawny i bardzo zakochany w
mojej najlepszej przyjaciółce.
Tyra
Allen była krągła, rudowłosa, zielonooka i nie była w najmniejszym stopniu
szorstka. Nie była też głupia, była bardzo lojalna, bardzo zabawna, bardzo
zakochana w swoim mężu i bardzo mi wierna.
Ona
i ja wiele przeszłyśmy, zanim zostaliśmy razem porwane przed laty z powodu
problemów Elliotta z rosyjską mafią. Chociaż była związana i trzymana w ciemnym
pokoju, kiedy byłam przesłuchiwana przez mafię i uratowano nas osobno, kiedy
dzieliłaś coś w rodzaju porwania, więzi tworzyły się, nawet jeśli więzi już wcześniej
były silne.
Jakiś
czas później, w dniu, w którym zostałam postrzelona, a Elliot zginął, Tyra
została porwana, przywiązana do krzesła i wielokrotnie dźgnięta.
Tack
pociągnął wszystkie sznurki i zapłacił fortunę, aby chirurg plastyczny wymazał
jej blizny.
Moje
nadal szpeciły moją skórę. Przypomnienie, mocne, aby nigdy nie zapomnieć.
Tyra
również przyjechała i zabrała mnie z Connecticut, ratując mnie przed
dysfunkcją, z której przeniosłam się do Denver, żeby przed wszystkim uciec.
Myślała, że ratuje mnie od czegoś innego i pozwoliłam jej tak myśleć. Nie wiem,
na ile byłam przekonująca. Po prostu wiedziałam, że Ty-Ty pozwalała mi kłamać.
Miała mnie w Denver, pod jej czujnym okiem i wystarczająco blisko, by poczuć
jej pocieszającą dłoń. Nikt nie mógł zgadnąć, kiedy ta ręka musiała uformować
żelazną pięść w aksamitnej rękawiczce.
Po
prostu wiedziałam po wyrazie jej twarzy, że teraz nie będzie.
Mimo
to Tyra wiele razy patrzyła z ukosa na to zdjęcie Elliotta i mnie. Nawet raz
przyłapałam ją na tym, że patrzyła na to z oczami na Tacka, szarpiąc głową w
jego stronę, po czym on potrząsał głową. Wyłupiała oczy. Zwijał swoje do
sufitu. Krzyżowała ręce na piersi i patrzyła na niego.
Jeśli
chodzi o mnie, udawałam, że przegapiłam to wszystko, kiedy tego nie robiłam.
Dość
powiedzieć, że Elliott nie był jej ulubioną osobą. Doprowadził do porwania
mnie. Doprowadził do dwukrotnego porwania jej. Przez niego postrzelili mnie
wielokrotnie. A ją wielokrotnie dźgnięto nożem.
Więc
Elliott, nawet martwy, był persona non
grata.
Tak
jak powinien być.
Przez
lata Ty-Ty po prostu patrzyła krzywo na zdjęcie, ale ignorowała je i nie
wspomniała o Elliotcie. Wiedziałam, że to częściowo dlatego, że chociaż nie
żył, była na niego wkurzona za to, że mnie zranił, nie wspominając o tym, że ją
zranił. Było tak również dlatego, że jej mąż był lojalny i uwielbiał ją, a
Elliott ją skrzywdził. Nawet jeśli Elliott by nadal oddychał, było jasne, że
Tack upewniłby się, że nie robiłby tego dłużej. To była część oddychania.
Jeśli
chodzi o mnie, nie wspomniałam o Elliotcie. Nigdy. Mój narzeczony prawie zabił
moją najlepszą przyjaciółkę. Kiedy dowiedzieliśmy się o jego kontaktach z
mafią, Tyra zdecydowanie poradziła mi, żebym z nim zerwała. Utknęłam u jego
boku. Ona miała rację. Ja się myliłam. Ale obie zapłaciłyśmy za to, że się
myliłam i nie szłam tam. Nie szłam tam, ponieważ wszystko, co miałam w sobie,
to umiejętność cieszenia się, że nie odwróciła się ode mnie po tym, jak prawie
ją zabiłam. Trzymałam się tego jak liny ratunkowej. Jakbym nigdy nie odpuściła
i nie miałam zamiaru wyciągać go, mojej decyzji pozostania z nim i kołysania tą
łodzią.
Oczywiście,
ponieważ była to niewypowiedziana kość niezgody, nie przegapiła zniknięcia
zdjęcia.
I
równie oczywiste było to, że nie miałam zamiaru dzielić się tym, że rzuciłam
nim o ścianę, rozbijając szkło. Nie zamierzałam też dzielić się tym, że
obsesyjnie słuchałam wtedy Boba Segera śpiewającego We’ve Got Tonight, ponieważ każde słowo w tej piosence było
prawdziwe, nawet jeśli nie pozwoliłabym sobie przyznać, że tak było. Nie
zamierzałam dalej dzielić się tym, że miałam swoją „noc”. Ta noc była z Hop’em
(podobnie jak poprzednio trzynaście nocy - i tym też nie zamierzałam się
dzielić) i wtedy nie minął nawet dzień, ale już szukałam narkotyku, po którym
miałam zespół odstawienny.
Nie
miałam żadnego odwyku, który pomógłby mi poradzić sobie z utratą haju.
Musiałam
przez to przejść sama.
I
cholernie dobrze to robiłam.
Tak
więc ramkę, szkło i głupie zdjęcie mnie i mojego zmarłego narzeczonego już
dawno zabrał śmieciarz. Podobnie jak wszystkie inne zdjęcia, które miałam w
albumach na górze. Podobnie jak moją suknię ślubną, której nie mogłam nosić, a którą
zachowałam z jakiegoś śmiesznego powodu, która kosztowała fortunę, ale nawet
jej nie oddałam Armii Zbawienia ani nic.
Nikt
nie potrzebował tego złego uroku.
Więc
śmieciarz zabrał to tam, gdzie należało. Wysypisko.
Na
moje fałszywie niewinne pytanie, o jaką ramkę chodziło, oczy Ty-Ty przesunęły
się na Tacka. Moje też.
Patrzył
na swoje buty.
Przez
lata, kiedy znałam Tacka Allena, nauczyłam się wszystkiego, co oznaczało, że
patrzył na swoje buty. Było to trojakie.
Po
pierwsze, nie chciał, żeby Ty-Ty zobaczyła, że uważa ją za zabawną, a to było
tylko wtedy, gdy była na niego wkurzona, czego ona nie uważałaby za zabawne, bo
on uważał ją za zabawną, ale przeważnie zawsze to robił.
Po
drugie, był wkurzony na jedno ze swoich dzieci starszych, Rusha i Tabby, które
miał z inną kobietą lub Cuttera i Ridera, chłopców, których miał z Tyrą. Jako
starszy ojciec po raz drugi miał cierpliwość do Cut’a i Ridera. To było dobre,
biorąc pod uwagę, że wciąż byli małymi chłopcami, ale byli też totalnymi
chuliganami (i dlatego nie było ich wtedy z nami, bo zrujnowaliby relaksującą
kolację, ale z Wielkim Petey’em, starym członkiem MC, prawdopodobnie niszcząc
jego dom). Tack wkurzony na Rusha i Tabby był teraz rzadszy, ponieważ byli
starsi i patrzył na swoje buty, kiedy próbował powstrzymać się od krzyku lub
może uduszenia ich.
Po
trzecie, kiedy był ze mną i Tyrą, i - z jakiegokolwiek powodu, dla którego
kłóciłyśmy się, plotkowałyśmy lub chichotałyśmy - nie zamierzał się w to
angażować.
Na
szczęście moje oczy wróciły do Tyry, zanim jej przyszły do mnie.
Próbowałam
znaleźć odpowiedź na wszystko, co mogła powiedzieć.
Co
zaskakujące, nic nie powiedziała. Ani o ramce, ani moim kłamstwie.
Zamiast
tego powiedziała - „Nic, kochanie” - kiedy podeszła do mnie, objęła mnie
mocniej niż zwykle i mocno mnie uściskała - „Dzięki za kolację” - powiedziała
mi do ucha.
„Tak,
mała, dobre jedzenie” - zawołał do mnie Tack ze swojego miejsca przy drzwiach,
a moje oczy przesunęły się po ramieniu Tyry na niego.
Uśmiechnęłam
się.
Tack
nie.
Uniósł
brodę, ale jego spojrzenie pozostało przyklejone do mojego, intensywne. Patrzył
na mnie trochę tak, jak Hop, bez podziwu i, oczywiście, seksu lub gry wstępnej,
ale dodając otwartą kontemplację, co do której miałam naprawdę złe przeczucia.
Tyra
puściła mnie, a ja oderwałam oczy od Tacka, by uśmiechnąć się w jej.
„Dzięki
za przyjście” - powiedziałam do niej i przypadkowo spojrzałam na jej męża.
„Nie
musisz mi dziękować, że usiadłem przy stole z dwiema pięknymi kobietami i
dobrą, bona fide[1],
południową kuchnią” - odparł Tack i wreszcie uśmiechnęłam się szczerze.
Jedną
z rzeczy, których moja mama nie próbowała zostawić w Tennessee, było jej
gotowanie. Robiła to cały czas i nauczyła mnie i Elissę, jak to robić, tak jak
zrobiła to jej mama z nią, a mama mamy z nią i tak dalej.
Robiła
to, bo często starała się być dobrą mamą. Zrobiła to również, ponieważ to była
tradycja. Ale było do luftu, bo wiedziałam, że robi to głównie dlatego, że tata
uwielbiał jej gotowanie. Albo, bardziej trafnie, uwielbiał to, że za każdym
razem, gdy mieli przyjęcia, ludzie obsypywali go (tak, jego) żarliwymi komplementami na temat tego, że był wystarczająco
inteligentny, by poślubić kobietę, która wie, jak przyrządzać uczciwe domowe posiłki.
Nie
trzeba dodawać, że ucząc się gotować w tradycji południowej, dorastałam w
Connecticut, ale nie wiedziałam, że można gotować na parze, dopóki nie
przeprowadziłam się do Denver. O ile wiem, były one albo smażone na żelaznej
patelni z masłem, albo panierowane, lub rozbijane i wrzucane do gorącego
tłuszczu.
Na
szczęście miałam metabolizm szesnastoletniego rozgrywającego z liceum.
Na
szczęście moje gotowanie było na tyle dobre, że Tack wspomniał o tym (znowu) i
oderwał uwagę wszystkich od zdjęcia.
„W
każdej chwili, co chcesz, Tack. Po prostu zadzwoń, a twoje życzenie jest dla
mnie rozkazem” - zaproponowałam, gdy Tyra i ja podeszliśmy do niego przy
drzwiach.
„Nie
oferuj tego. To on zajmuje się większością gotowania. Będzie ponad trzy razy w
tygodniu, żeby zrobić sobie przerwę” - powiedziała Tyra z uśmiechem w głosie.
Trzymałam
buzię na kłódkę głównie dlatego, że przychodzenie ich trzy razy w tygodniu
byłoby dla mnie w porządku, a nie chciałam, żeby o tym wiedzieli. Zbyt wiele by
to eksponowało. Ale prawda była taka, że prowadziłam agencję reklamową, a
pędziłabym do domu, smażyłabym kurczaka i robiłabym ciasto orzechowe od zera aż
do polewy, jeśli oznaczałoby to trzy noce bez samotności, oglądania telewizji
lub gorzej: to, co robiłam ostatnio, czyli słuchania powolnych piosenek Boba
Segera przy zapalonych świecach i robienia wszystkiego, by ignorować ziejącą
pustkę w moim brzuchu, co oznaczało, że nie robiłam nic poza myśleniem o
ziejącej pustce w moim brzuchu.
„Następnym
razem, moja kolej” - zagrzmiał Tack, pochylając się, by dotknąć ustami mojego
policzka.
Jego
bródka połaskotała moją skórę.
Na
jej dotyk, wspomnienia, które przywołała, ta ziejąca pustka, o której nigdy nie
mogłam przestać myśleć, poszerzyła się, pochłaniając ogromne obszary mojego
ciała, sprawiając, że czułam się pusta od gardła po palce u stóp.
Ukryłam
to, gdy podniósł głowę i uśmiechnęłam mu się w oczy.
Wpatrywał
się w moje, nawet gdy wyciągnął rękę, a jego palce owinęły się wokół moich,
zanim równie szybko zniknęły.
Tack
Allen nigdy niczego nie przegapiał.
Niczego.
Nigdy.
Cholera.
Jeszcze
raz uścisnęłam Tyrę, a potem stanęłam na werandzie, zapaliłam światła, kolejna
południowa tradycja, której nauczyła mnie moja mama, i machałam do nich, aż
zniknęli z pola widzenia.
Ta
podsłuchana przez Tacka. Wiedziałam o tym, ponieważ Tyra powiedziała mi, że
chce, żebym przestała to robić. Chciał, żebym była w domu za zamkniętymi i
zablokowanymi drzwiami, zanim odjadą.
To
było słodkie i próbowałam, ale nie mogłam tego zrobić. Zakorzenione we mnie
lata treningu zabraniały tego. Podzieliłam się tym z Tackiem; ryknął śmiechem i
zamknął się.
Weszłam
do domu, zgasiłam światło na werandzie, zamknęłam drzwi i zablokowałam je.
Potem
podeszłam do okien, otworzyłam rolety i wyjrzałam na zewnątrz.
Minęły
długie chwile, zanim usłyszałam ryk jego motoru, a potem zobaczyłam, jak odjeżdżają.
Tak,
Tack o tym też milczał.
Objechał
ulicę i wrócił, żeby sprawdzić, czy w domu Lanie panuje spokój, zanim on i Tyra
ruszyli na górę.
Patrzyłam,
jak znikają i uśmiechałam się do ulicy, szczęśliwa, że mam dobrych przyjaciół i
szczęśliwa, że moja najlepsza przyjaciółka znalazła dobrego człowieka.
Potem
zasunęłam roletę i podeszłam do butelki wina.
Kilka
minut później z kieliszkiem wina w ręku i zapalonymi świecami podeszłam do
stereo.
*****
Leżałam
tam krwawiąc, telefon, z którego wybrałam 112 był kilka metrów dalej.
Za
daleko, by dosięgnąć. Słyszałam głos operatora 112 wołającego z telefonu, ale
byłam zbyt słaba, żeby po niego sięgnąć.
Wszystko,
co mogłam zrobić, to leżeć na dywanie i czuć ciepły, obrzydliwy wypływ krwi
wokół mojego ciała.
I
wszystko, co widziałam, to Elliott, pięć metrów przede mną, na plecach, z głową
odwróconą na bok, z otwartymi, szerokimi i bez życia oczami.
Nie
żył, ale nadal wyglądał na zaskoczonego.
Postawiłam
się przed kulami dla niego.
Nie
postawił się przede mną. Ja stanęłam przed nim.
Wiedziałam,
że nie dlatego był zaskoczony.
Wiedziałam,
że był zaskoczony, że go nie uratowałam.
*****
Obudziłam
się gwałtownie, mój tors uniósł się do góry, oddechy nabierały tchu, serce biło
jak oszalałe, sen wciąż mnie trzymał.
Nie,
nie sen.
Koszmar.
Pamięć.
Wciągnęłam
oddechy. Przyszły płytko, więc wciągnęłam je głęboko i uważnie słuchałam.
Nie
było ich tam. Nigdy ich tam nie było. To było wspomnienie przychodzące jako
sen. Tak jak to często bywało.
Tack
zaopiekował się Gregorim Leschevą. Rosyjska mafia przestała się mną
interesować. Mieli swoją zemstę. Leżał w grobie 25 kilometrów od mojego domu.
Byłam
bezpieczna.
Nie
czułam się w ten sposób.
Odwróciłam
głowę i spojrzałam na zegar.
Dwunasta
zero dwa. Spałam około godziny.
Wciągnęłam
ostatni wdech i zrzuciłam ze siebie kołdrę. Wstałam i poszłam do garderoby. Włączyłam
światło i weszłam, rozglądając się po szynach wypchanych ubraniami.
Mama
i tata kupili mi bony na wszystko. Gdybym wzięła oddech, jeden z nich
wyleciałby z Connecticut i wylądowałby w mojej skrzynce pocztowej jako
uroczystość.
Pieniądze
z winy. Poczucie winy za to, że tata jest palantem, a mama słaba. Tak jak mój
samochód. Wiedzieli, że opuściłam Connecticut, aby uciec od ich szaleństwa,
złamanego serca, które żyło, oddychało i ropiało dookoła. Tak więc, w stylu
prawdziwego taty, kupił mi samochód, który kosztował setki tysięcy dolarów,
żeby spróbować zmyć poczucie życia wśród zepsutej miłości.
Zaakceptowałam
to. Zaakceptowałam wszystko. To było zbyt wiele kłopotów, żeby nie czuć dąsania
się mamy, rozczarowania taty.
Elissa
nie kupiła kłamstwa. Moja siostra nie jechała do domu na święta. Nie odwiedzała
w Święta Dziękczynienia. Nie znosiła ich gówna. Wytyczyła tę granicę lata temu
i żyła bez rodziców.
„Dlaczego
ich potrzebuję, skoro mam ciebie?” - pytała mnie.
Słodka,
kochająca, lojalna. Z drugiej strony to była moja Lis. Wszystko.
Nawiasem
mówiąc, Lis też nienawidziła Elliotta. Kochała go, prawdopodobnie z powodów, dla
których go kochałam, zanim umarł. Po jego śmierci i jak to zrobił, prawie
zabierając mnie ze sobą, nie tak bardzo.
Starannie
dobrałam strój i buty. Chwyciłam je, rzuciłam się do łóżka i rozłożyłam. W
komodzie starannie dobrałam bieliznę. Miałam z czego wybierać. Nie zwracałam
uwagi na to, ile bielizny zostało wepchnięte do mojej szuflady lub do mojego
pokoju, z kremowymi ścianami z odcieniem różu, wysokim, ogromnym łóżkiem z
kolosalnym, szerokim, wyściełanym zagłówkiem i dopasowanym podnóżkiem. Drogie
prześcieradła i pozory. Szerokie, okrągłe, antyczne białe szafki nocne z
zakrzywionymi, eleganckimi nogami. Gładkie, lśniące lampy na bazie kryształu.
Wszystkie
pułapki domu.
Myśląc
o tym, nagle poczułam się duszona, więc pobiegłam do łazienki, pochyliłam się
pod toaletką i wyjęłam koszyk z kosmetykami. Pochylając się nad umywalką,
nałożyłam wszystko i było tego dużo.
Nakładałam
produkty na włosy, spryskując je i strosząc, dopóki nie znalazłam się tam.
Odciągnęłam tylko górę lakierem od czoła, a następnie tapirowałam i spryskiwałam
włosy na czubku głowy, aby były wyższe.
Zdzirowate.
Wyszłam
do sypialni i założyłam skąpą, seksowną bieliznę: koronkową czarną bardotkę i
malusieńkie majteczki. Krótką jeansową spódniczkę. Obcisłą, prawie prześwitującą
białą bluzkę z szerokim dekoltem, obcisłymi rękawami, długimi mankietami z
tuzinem małych perłowych guzików, w której guziki z przodu zaczynały się
dopiero w połowie dekoltu.
Do
pudełka z biżuterią. Duże obręcze. Szeroki srebrny choker.
Dużo
srebrnych pierścionków.
Pryśnięcie
perfum. Drugie. Więcej.
Sandały
na wysokiej platformie, koturnie z eleganckimi paskami wokół kostki.
Zgasiłam
światła, zbiegłam się na dół, złapałam torebkę i klucze i udałam się do
samochodu.
Nigdy
wcześniej tego nie robiłam, nie w moim życiu.
Ale
żyłam, oddychałam.
Żyłam.
Hop
mi to powiedział.
Czas
zacząć żyć.
Przeszłam
przez patio, otworzyłam tylne drzwi do garażu, wcisnęłam pilota do garażu,
wskoczyłam do samochodu, wyjechałam i ruszyłam w noc.
*****
Żyłam,
oddychałam.
Żyłam.
I
wszystko spieprzyłam.
Wiedziałam
o tym, ponieważ byłam na ciemnym parkingu baru dla motocyklistów, zwabiona tam,
ponieważ byłam więcej niż aluzją pijanej, o wiele bardziej niż aluzją głupiej,
a więc łatwym celem.
Facet
powiedział, że ma duże opony w swojej ciężarówce, ogromne, wyższe ode mnie.
To
było coś, co musiałam zobaczyć.
Dziewczyna
poszła z nami. Była tam, żeby mnie wrobić. Nie wiedziałam, co myślałam: że
stanie się ze mną, gdy się wycofała i znikła w nocy. Po prostu wiedziałam, że
jej to nie obchodziło, co uczyniło ją oficjalnie największą suką numer jeden w
historii.
Wystawić
siostrę?
Powinna
zostać pozbawiona członkostwa.
Oczywiście,
gdybym przeszła przez to żywa i oddychająca, i miejmy nadzieję, że nie zostałabym
naruszona, zwróciłabym się do Rady Sióstr i poprosiłabym, aby natychmiast się
tym zajęli.
Niestety,
nie było rady, do której można by zgłaszać suki.
Niestety.
Poza
tym, niestety - a nawet bardziej - nie wyglądało na to, że przebrnę przez to
nienaruszona.
Część
żywa i oddychająca była do przyjęcia.
„Poważnie,
chcę wrócić do środka” - powiedziałam mu, napierając na jego duże, ciastowate
ciało, czując w oddechu piwo.
Przypiął
mnie do opony swojej ciężarówki i, złe wieści, była wyższa ode mnie. On też.
„Mała…”
- przesunął dłonią po zewnętrznej części mojego biodra - „…nie graj w tę grę. Leciałaś
na mnie.”
„Tańczyliśmy”
- przypomniałam mu, najpierw próbując logiki. Na wypadek, gdyby zdarzył się
cud, załapał by to i wycofał się bez brzydkiej sceny. W tym samym czasie,
naciskając mocniej, żałując, że moja torebka, którą zdjął mi z ramienia i
rzucił na ziemię, nie była bliżej, ponieważ w niej był telefon, i zastanawiałam
się, czy ktoś usłyszy, jak krzyczę - „To prawie nie mówi, że leciałam ciebie.”
Pochylił
głowę, a jego usta powędrowały do mojej szyi. Poczułam jego język, wilgotny i
niechlujny.
W
tym momencie poczułam też, że żółć spływa mi do gardła i naciskałam mocniej,
zdecydowanie decydując się krzyczeć.
„Tańczyłaś
blisko” - mruknął przy mojej szyi, wpychając mnie głębiej w oponę, co nie było
zbyt dobre.
„Nie.”
- i nie tańczyłam - „Tańczyliśmy w linii, na miłość boską!”
Jego
ręka przesuwała się po moim boku i zbliżała do piersi.
Okej.
Czas krzyczeć.
I,
być może, zaangażować moje paznokcie.
Otworzyłam
usta, żeby to zrobić, jednocześnie robiąc uniki, gdy nagle jego twarz nie była
na mojej szyi, a jego ciało nie wciskało mnie w oponę.
Nie,
obserwowałam z pewną fascynacją, podziwem i mdłościami, jak jego głowa
odskoczyła do tyłu nienaturalnie, a jego ciało podążyło za tym. Pierwsze
zrobił, bo Hop miał pięść w jego włosach, a drugie zrobił, ponieważ Hop
obejmował jego klatkę piersiową.
Chociaż
byłam niezmiernie zachwycona, że nie jestem już przyciśnięta do opony i ktoś
był tam, aby mnie uratować (chociaż nie wybrałabym Hoppera z oczywistych
powodów, w tamtym momencie też nie miałam zamiaru się spierać), nie byłam pewna,
czy to było dobre. Facet był palantem. Nie wspominając, był ogromny. Musiał
mieć 10 cm i 25 kg więcej niż Hop.
To
wtedy obserwowałam z pewną fascynacją, o wiele większym podziwem i bez mdłości
- ponieważ było tak wiele podziwu, że nie było miejsca na mdłości - jak Hop
pokonał faceta.
Zrobił
to szybko, metodycznie, bez wysiłku, zaciekle i z, jak się wydawało, sporą dozą
praktyki.
Zajęło
mu to może trzy minuty.
Z
otwartymi ustami obserwowałam całość zamarła.
Kiedy
zakrwawiona, nieprzytomna góra mięsa palanta spadła na chodnik ciemnego
parkingu, wpatrywałam się w niego, który tam leżał, nie ruszając się.
„Ty.
Motor. Teraz.”
Wróciły
mdłości, ale były inne. Tym razem przyszły to w formie strachu. Strach wywołany
tylko niskim, zabójczym, rozwścieczonym tonem głosu Hoppera.
Powoli
moje oczy podniosły się do jego.
Tak,
wściekły.
I
zabójczy.
O
jej.
„Hop…”
„Lanie,
przysięgam na Boga, przysięgam na Boga…”
- urwał, podniósł rękę w moim kierunku, dłonią do góry i wykrzywił się.
Potem
opuścił rękę i warknął - „Ty. Motor. Teraz
kurwa.”
Uznałam,
że rozsądniej byłoby pójść z nim na motor, mimo że mój samochód stał na
parkingu.
Problem
polegał na tym, że nie wiedziałam, który to jego motor.
Przed
barem stało ich około siedmiu tysięcy.
„Uh…”
- wymamrotałam. Rzucił się w moją stronę i znów znalazłam się z powrotem w
oponie, ale tym razem sama się tam przycisnęłam.
Nie
byłam tam długo.
Hop
zacisnął dłoń na mojej. Oderwał mnie od opony, pociągnął trzy kroki, zatrzymał
się tylko po to, by zgiąć się i chwycić moją torebkę, odwrócić się i rzucić nią
we mnie. Na szczęście ją złapałam. Potem ja i moje sandały na platformie
chwiejnie, ale bardzo szybko pobiegliśmy za Hop’em, gdy jego długie kroki
zaprowadziły nas do czarnego Harleya.
Puścił
mnie i przerzucił nogę.
Kiedy
to robił, wciąż będąc rozważną (poniewczasie), studiowałam jego ruchy.
Wielki
Petey, członek Chaosu; członek założyciel,
a więc nie młodzik; zabierał mnie na swoim Trzykołowym Harleyu i robił to wiele
razy.
Wielki
Petey był po sześćdziesiątce, a Trzykołowy Harley nie był nawet zbliżony do
tego, co przedstawiała ta smukła, zajebista maszyna przede mną.
Wielki
Petey był miły i troszczył się o mnie.
Nie
był chudy, wredny Hopper Kincaid, który mógł nie chcieć mnie zabić, ale był na
tyle wściekły, żeby to zrobić.
Nigdy
nie jeździłam na Harleyu, który miał tylko dwa koła.
Nigdy
nie jeździłam na żadnym motocyklu, który miałby tylko dwa koła.
Potrzeba,
matka wynalazków i wybawicielka głupich kobiet na parkingach barów dla
motocyklistów, przyszła mi z pomocą. Znalazłam stopkę, powiedziałam sobie, że
dobrze, że nikogo nie było w pobliżu, żeby dojrzeć, że nie jestem damą, kiedy przesunęłam
nogę, by umieścić mój odziany w krótką, dżinsową spódniczkę tyłeczek na
siedzenie za Hop’em i usadowiłam się, kładąc ręce na jego talii.
Gdy
tylko usiadłam, motocykl już warczał, wycofywał się. Potem jego dłonie dotarły
do moich nadgarstków, szarpnął je szorstko wokół swojego pasa, tak że mój przód
uderzył w jego plecy, a ja nie miałam czasu, żeby cokolwiek powiedzieć ani
zrobić, po prostu trzymałam się, kiedy wystrzeliliśmy z parkingu.
Wiatr
we włosach, alkohol i zmartwienia - nie podobała mi się jazda.
Przez
całą drogę od baru do sklepu z artykułami samochodowymi Ride, znanym
wtajemniczonym po prostu jako „Chaos”, niepokoiłam się. Sklep, za nim garaż z
dużymi wnękami, w którym budowano samochody i motocykle na zamówienie, przed
nim masywny podjazd z asfaltu, obok niego duży budynek, znany jako Kompleks, to
wszystko było Chaosem. Chłopcy wspólnie posiadali Chaos. Chłopcy byli Chaosem.
A
według Wielkiego Petey’a 10 kilometrów kwadratowych wokół niego było znane jako
Terytorium Chaosu.
Ale
nie byliśmy tylko na terytorium Chaosu.
Byliśmy
w Chaosie, wyspie lądowej w mieście
Denver, która była kontrolowana przez motocyklistów.
To
nie było dobre.
Możesz
się zgubić na Chaosie. To było ich. Byli tego właścicielami.
Oni
tym rządzili. Nie wpuszczali tam nikogo, kogo nie chcieli.
Nie
wypuścili też nikogo, do kogo nie chcieli by szedł.
Tug,
inny z członków, powiedział mi, że nawet gliniarze wiedzą, że jeśli nie muszą skręcić na dziedziniec i w Chaos,
nie zrobią tego. To było święte. To był własny mały naród, rządzony przez
Tacka. Rycerze przy jego prostokątnym stole nosili skórzane zbroje z naszytymi
na plecach emblematami Chaosu.
Dlatego
jadąc tam z rycerzem w zbroi z naszytą na plecach naszywką Chaosu, który
również był bardzo wściekły, wiedziałam, że mogę się zgubić.
Co
oznaczało, że miałam kłopoty.
Choć
byłam trochę nietrzeźwa, ale przede wszystkim dosłownie wystraszona, udało mi
się, poprzez pijaństwo i strach, ułożyć plan. A moim planem było skorzystanie z
jedynej opcji, jaką miałam. To znaczy, spróbować przez to przejść. Jednak
musiałabym wybrać swój moment.
Ten
plan kazał mi milczeć, gdy Hop zaparkował obok dwóch innych motocykli przed Kompleksem.
Uciszył mnie, kiedy wykręcił szyję i skrzywił się na mnie, co dokładnie wzięłam
za sygnał, żeby zejść z motocykla. Milczałam, kiedy odeszłam. Hop odskoczył,
złapał mnie za rękę i zaciągnął mnie i moje sandały na platformie do Kompleksu.
Milczałam, gdy ciągnął mnie przez drzwi, przez udekorowany piwem stół bilardowy
i wypełniony zaokrąglonymi kanapami pokój wspólny z barem, do tylnego
korytarza, w dół i do swojego osobistego pokoju w Kompleksie.
Pociągnął
mnie do siebie i zrobiłam cztery kroki, do których zmusił mnie pęd jego
pociągnięcia, zanim zatrzymałam się i odwróciłam do niego.
Zatrzasnął
drzwi, przeszedł trzy kroki, ale zatrzymał się obok mnie, trzymając się z daleka,
jednocześnie zrzucając swoją skórzaną kurtkę. Rzucając ją na fotel w kącie,
odwrócił się do mnie i zatrzymał.
Dobra,
teraz zdecydowałam, że czas porozmawiać.
Otworzyłam
usta.
Jego
ręka skoczyła w górę, dłoń skierowana w moją stronę i potrząsnął głową - „Nie
rób tego, Lanie. Nie mów ani słowa.”
Zamknęłam
usta.
W
tym momencie pomyślałam, że może powinnam był ułożyć inny plan, taki, który
obejmował bieganie, a nie mówienie.
Opuścił
rękę i spojrzał na mnie groźnie.
Zacisnęłam
usta i czekałam.
Jego
oczy przesunęły się z włosów na platformy, ponownie na włosy, potem w dół do
moich piersi, a potem do twarzy.
Wiedziałam,
co widział.
To,
co zobaczył, nie było mną.
Zacisnęłam
usta między zębami.
W
końcu potrząsnął głową, zanim ją upuścił, unosząc rękę, by owinąć się wokół
karku, i wpatrywał się w swoje buty.
Byłam
w pobliżu Chaosu już od dłuższego czasu.
Prawie
osiem lat. I zwracałam uwagę na Hop’a przez większość czasu, kiedy byłam w
pobliżu.
Mimo
to, w przeciwieństwie do Tacka, nie wiedziałam, co to znaczy, gdy Hop patrzył
na swoje buty.
Kiedy
robił to przez bardzo długi czas, tak długo, że wiłam się wewnętrznie, nie mogłam
się powstrzymać.
Przerwałam
ciszę.
„Czy…
hmmm… często chodzisz do tego baru?”
Jego
głowa podniosła się do góry, ręka opadła, jego oczy zwęziły się na mnie i
zapytał - „Jaja sobie robisz?”
Wydawało
się, że może nadszedł czas na więcej ciszy, więc poszłam z tym.
Hop
niestety nie czuł, że nadszedł czas na więcej ciszy.
Oświadczył
- „Mała, jesteś tak popieprzona, że jesteś pieprzoną definicją popieprzonego.
Myślisz, że jak jesteś popieprzona, a ja wiem jak bardzo, nie miałem na ciebie oka?”
Oddech
zamarł mi w płucach.
Miał
na mnie oko?
Hop
nie skończył.
„Widzę,
że wyjeżdżasz po północy, idziesz do najbardziej zawszonej knajpy w całym
cholernym Denver. Miejsca, które, z wyjątkiem miejsca, w którym spotykają się gangsterzy,
jest też kurewsko najbardziej ryzykowne. Potem wybierasz wariata, z którym
będziesz tańczyła w pierdolonej linii. Rozmawiasz z jego dziewczyną, więc
ryzykuję i idę do klopa, wychodzę, a ty zniknęłaś. Rozglądam się za tobą
wszędzie, gdzie, kurwa, mogę i znajduję cię przyciśniętą do opony monster
trucka, z ustami dupka na twojej szyi i jego dłonią prawie na twoim cholernym
cycku.”
Była
to niestety dokładna relacja z wieczoru.
„Więc
nie” - kontynuował - „Odpowiadając na twoje pytanie, Lanie, nie chodzę często
do tego baru. Idę do tego baru, kiedy piękna kobieta, na której mi zależy,
postanawia sobie zaszaleć, wyjść w środku nocy i narazić swoje życie na
niebezpieczeństwo.”
Mój
oddech odmroził się tylko po to, by zacząć palić w płucach.
Piękna kobieta, na której mi
zależy…
„Wiesz…”
- stwierdził konwersacyjnie, zanim mi to wyłożył - „…może twój umysł był
zamknięty, mała, ale twoje ciało nie było i walczyło, by oddychać, utrzymać cię
przy życiu. Historia, którą słyszałem, historia, która pasuje do śladów, które
nosisz - strzał w brzuch, strzał w płuca - to był cud, że przeżyłaś. Historia,
o której wiem, że jest prawdziwa, jest taka, że twój cholerny tyłek był pod intensywną
opieką przez sześć cholernych dni i przez większość czasu byłaś w śpiączce.
Twoje ciało idzie na całość, żeby się wyleczyć i pociągnąć przez to, a ty
odpłacasz się tym pieprzonymi śmieciami?” - Skinął ręką na drzwi.
Piękna kobieta, na której mi
zależy…
„Lanie,
co myślałaś, że tam znajdziesz?” - zapytał, kiedy nie powiedziałam ani słowa.
Wzięłam
oddech, otworzyłam usta i zamknęłam je.
Usta
Hop’a zacisnęły się, a potem rozluźniły, aby mógł zadeklarować - „Mała, chcesz
mnie znaleźć, chcesz mnie więcej, wiesz, gdzie jestem. Nie szukasz trudnego
handlu w nadziei odzyskania tego, z czego zrezygnowałaś. Powiem ci teraz, nie
mam zamiennika. Jestem tylko jeden. Chcesz tego, szukasz…” - wskazał kciukiem
na pierś, pochylając się w moją stronę i kończąc - „…mnie.”
Zamrugałam.
Moje płuca przestały płonąć, a oczy zaczęły płonąć, nie z rozpaczy, ale z
wściekłości, gdy patrzyłam na niego.
Potem
zapytałam - „Myślisz, że szukałam twojego zamiennika?”
„Byłaś
kiedyś w tym barze?” - zapytał z powrotem.
„Nie”
- odpowiedziałam - „Ale z całą pewnością nie szukałam twojego zamiennika.”
„Czego
wtedy szukałeś, mała?”
To
było, niestety, interesujące pytanie.
„Nie
twojego zamiennika” - warknęłam ostrym tonem, by ukryć nagłą niepewność.
„Chryste,
wracamy do twoich bzdur” - uciął, krzywiąc się na mnie.
„Jesteś
bardzo arogancki, Hopperze Kincaid” - powiedziałam mu teraz tak ostrym, że aż
przeszywającym, i nie było żadnej ukrytej niepewności.
„Tak,
cóż, mężczyzna staje się taki, gdy kobieta, która wygląda jak ty, dochodzi tak
mocno, jak mogę sprawić, abyś doszła, a kiedy traci mojego penisa, wychodzi szukać
więcej tego, co straciła. Głupie jest to, że szukałaś w niewłaściwym miejscu,
kiedy dokładnie wiesz, gdzie mnie znaleźć.”
Nie
mógł być poważny.
„Okej,
powiedz mi, że tego nie powiedziałeś” - zaprosiłam.
„Słyszałaś,
co powiedziałem, Lanie, i muszę ci powiedzieć, że nie cofnę ani jednego słowa,
ponieważ oboje wiemy, że każde słowo jest prawdą” - odparł.
„Dobrze,
nie cofaj tego. Zamiast tego zabierz mnie z powrotem do mojego samochodu” -
zażądałam.
„Pięć
piw, trzy kieliszki wódki to znak, że dziś wieczorem nie usiądziesz za kółkiem”
- odpalił.
O
jej. Zwracał dużo uwagi.
Czas
na nową taktykę.
Zdjęłam
torebkę z ramienia, zaczynając ją przeszukiwać, deklarując - „Dobrze, w takim
razie wezmę taksówkę.”
Nagle
moja torebka została mi wyrwana z ręki i gapiłam się na przekopującego ją
Hop’a. Wyciągnął mój telefon, wsunął go do kieszeni, a potem rzucił moją torbę
przez pokój, gdzie wylądowała na wytartym fotelu, który był w większości
pokryty brudnymi ubraniami i jego skórzanymi kurtkami.
Wpatrywałam
się w moją torebkę, potem w jego twarz, potem spojrzałam na kieszeń jego
dżinsów, zanim spojrzałam na niego, podnosząc rękę, dłonią do góry.
„Daj
mi telefon” - rozkazałam.
„Chcesz
tego, chodź po to” - prowokował.
Skrzyżowałam
ręce na piersi, mrucząc - „Och, rozumiem”.
„Gówno
rozumiesz” - wydusił.
Uniosłam
brwi - „Tak?”
„Nie,
mała, jesteś tak cholernie ślepa, z premedytacją potykasz się, wpadasz w gówno,
ale i tak runiesz przed siebie, zmierzając do świata bólu.”
To
było zbyt blisko kości, więc zignorowałam to, rozprostowałam ramiona i ponownie
podniosłam rękę w jego stronę.
„Hopper,
daj mi telefon.”
„Śpisz
tu dziś w nocy.”
Położyłam
ręce na biodrach, pochyliłam się i syknęłam - „Mówiłam ci, rozumiem. Wiem, co
robisz.”
„O
tym też gówno wiesz.”
„Wiem,
że to bzdury” - wypaliłam do niego.
„Cóż,
masz rację” - odpalił.
Uch!
Na wszystko miał odpowiedź. Był taki denerwujący!
Wzięłam
uspokajający oddech, który mnie nie uspokoił, zanim pękłam. „Daj mi mój
telefon”.
„Nie.”
„Hop,
daj mi mój cholerny telefon!”
Zignorował
mnie - „Śpisz w jednej z moich koszulek. Te tutaj są brudne, ale nie mają
znaczenia. Nawet brudne, są lepsze niż to, co masz na sobie” - stwierdził,
podnosząc rękę i wskazując na mnie.
Zepchnięta
do narożnika, postanowiłam zrobić się nieprzyjemna.
„Dużo
przebywałam przy tobie, Hop. Widziałam cię. Widziałam, co lubisz. To…” -
przesunęłam dłonią po swoim przodzie - „…jest tak, jak lubisz.”
Nieprzyjemne
nie było - i wiedziałam o tym, nauczyłam się tej lekcji wcześniej - drogą do
zrobienia.
Nauczyłam
się tego ponownie, kiedy w jednej sekundzie był trzy kroki ode mnie. W
następnej był tuż przy mnie, z ręką w tyle moich włosów, ramieniem owiniętym
wokół moich pleców, jego twarzą przy mojej twarzy, ustami prawie na moich.
„Tak,
lubiłem zdziry” - odgryzł się - „Podobał mi się smak. Dziki, darmowy i łatwy.
Wracałem po więcej. Wielokrotnie. Ale to było zanim miałem usta między nogami damy.
Jak to dostajesz, nie wracasz.”
O
nie. Obszar między nogami, w którym miał usta, zmoczył się na jego słowa i nie
pomogło mi, że był tak blisko; moje oddechy mieszały się z jego, moje piersi
muskały jego klatkę piersiową, a mój umysł koncentrował się na fakcie, że
wiedziałam, jak to jest, kiedy moje piersi były obnażone, jego klatka piersiowa
też, a moje sutki ocierały się o jego włosy.
Na
to wspomnienie mój oddech stał się płytki, ale szybszy, a sutki nabrzmiały.
Albo
domyślił się lub poczuł moją reakcję, a ja wiedziałam o tym, ponieważ jego ręka
w moich włosach zacisnęła się w pięść, jego usta poruszały się tak, że muskały
moje, a nastrój w pokoju zmienił się tak ogromnie, że aż cud, że się tym nie
kołysaliśmy.
W
odpowiedzi na to wszystko mój oddech stał się płytszy, a nogi zaczęły mi drżeć
tak bardzo, że musiałam unieść rękę i zacisnąć palce w bok jego koszulki.
„Trzy
tygodnie” - warknął - „…szedłem do łóżka, leżałem i myślałem o tobie. Budziłem
się i byłaś pierwszą rzeczą, o której myślałem.”
O
Boże.
Lubiłam
to.
O
Boże.
Nie mogłam
tego lubić.
Próbowałam
wytrzeć jego słowa z mojego mózgu, ale kontynuował - „Powiedz mi, że tego nie
czułaś”.
Potrząsnęłam
głową, krótko, ostro, a jego pięść w moich włosach zacisnęła się.
Bez
bólu.
Kontrola.
Posiadanie.
To
też mi się podobało.
Tak,
kiedy wjechaliśmy w Chaos, wpadłam w kłopoty.
Moje
kolana zaczęły mi słabnąć i podniosłam drugą rękę, by zwinąć się po drugiej stronie
jego koszulki.
„Czujesz
to” - szepnął przy moich ustach - „Ty robisz to samo, lady. Idziesz do łóżka
myśląc o mnie, budzisz się ze mną w swoim umyśle. Robisz dokładnie to samo,
kurwa.”
Zamknęłam
oczy.
„Spójrz
na mnie” - rozkazał.
Otworzyłam
oczy.
„Powiedz
mi” - zażądał - „Robisz to samo.”
„Nie”
- wydyszałam.
Spojrzał
mi w oczy.
Wtedy
poczułam, jak czubek jego języka przesuwa się po mojej dolnej wardze.
Bez
mojej zgody, moje ciało zakołysało się w jego, naciskając głęboko, a moje oczy
ponownie się zamknęły.
„Kłamczucha”
- szepnął.
Miał
rację. Kłamałam.
Czułam
to samo. Robiłam to samo. Kładłam się do łóżka myśląc o nim. Budziłam się, on
był pierwszą rzeczą, o której myślałam. Co więcej, przez cały dzień wślizgiwał
się do mojego mózgu, aby mnie dręczyć.
Musiałam
to zakończyć.
Musiałam
go uciszyć.
Aby
to zrobić, z jakiegoś szalonego powodu pocałowałam go.
Nic
dziwnego, że odwzajemnił pocałunek.
Jego
pocałunek był lepszy i całe moje ciało tak myślało, szczególnie moje usta,
które jęczały w jego i moje ramiona, które owinęły się wokół jego szyi.
Kilka
sekund później leżałam na plecach w łóżku, usta Hop’a wciąż były na moich, jego
język w moich ustach.
Potrzebując
jego smaku, pragnąc go tygodniami, nie mając go, mój język sam wepchnął się do
jego ust.
Tak
jak pamiętałam, smakował wyśmienicie.
Pikantny.
Męski.
Upojny.
Potem
jego usta i język znalazły się na mojej szyi, a moja koszulka była rozdarta,
cienkie perłowe guziki łatwo rezygnowały z walki, te, które się nie rozpięły, odpadły
od razu. Głowa Hop’a poruszyła się, gdy jego palce zacisnęły się na miseczce
stanika i pociągnął ją w dół.
Sapnęłam.
Jego
usta zamknęły się na moim sutku.
Moje
plecy wygięły się w łuk, wmuszając go głębiej.
Hop
przyjął zaproszenie i mocno ssał.
Moje
palce wsunęły się w jego długie włosy, moja głowa cofnęła się, a z gardła
wydobył się niski jęk.
To
było dobre, tak dobrze mieć z powrotem to, czego potrzebowałam; jedyną rzecz,
która wypełniała we mnie pustkę.
Zwrócił
rozkoszną i długotrwałą uwagę na jeden sutek, po czym pociągnął w dół miseczkę
z drugiej strony stanika i taką samą uwagę zwrócił na ten sutek.
Dysząc,
jęcząc i wijąc się, nawet gdy trzymałam jego głowę przy sobie, błagałam - „Moja
kolej, Słonko”.
Hop
podniósł głowę, potem tors i klęczał na łóżku, okrakiem na mnie.
Podniosłam
się do siadu, gdy zerwał swoją koszulkę. Dłonie i usta poruszałam po nim, po jego
brzuchu, jego bokach, jego piersi, jego sutkach; mój język przesuwał się po tej
gęstej linii włosów do doliny na jego klatce piersiowej, a potem odwrócił się
na bok, a moje usta zamknęły się na jego sutku.
Hop
chwycił tył mojej głowy dłonią, gdy jego biodra przesunęły się do przodu i
przycisnął swoje krocze do moich piersi.
Z
jego twardością przy mnie, co zrozumiałe, straciłam zainteresowanie jego
sutkiem i sięgnęłam po sprzączkę od paska. Próbując wsunąć kolana pod siebie
dla lepszej równowagi i manewrowości, ledwo ułożyłam je tam, gdzie chciałam,
zanim palce Hop’a zacisnęły się na rąbku mojej spódnicy i szarpnęły ją. Potem
jego palce weszły i zsunęły się w dół, prosto do moich majtek.
Opuściłam
głowę na jego klatkę piersiową i zsunęłam ręce, by owinąć się wokół jego szyi,
gdy jego palec trafił w to miejsce i zawirował.
Boże,
Boże.
Najlepsze.
Przycisnął
twarz do mojej szyi i wymamrotał - „Jesteś mokra. Gotowa. Nie twoje usta, mała,
twoja cipka. Zdejmij majtki.”
Przytaknęłam,
moje czoło potoczyło się na jego klatce piersiowej i cofnęłam się. Podciągnęłam
spódnicę po bokach, czując na sobie jego wzrok, ale byłam skoncentrowana.
Ściągnęłam majtki, aż opadły na biodra, rozciągnęłam je wzdłuż nóg, przez
kostki i odrzuciłam.
Wróciłam
na kolana i zobaczyłam, że ma dżinsy podciągnięte tylko do bioder i zwija się z
prezerwatywą.
Boże.
Gorące.
„Wspinaj
się, Lanie.”
Moje
oczy powędrowały do jego. Zwilżyłam wargi językiem, jego twarz zrobiła się głodna
i owinęłam rękę wokół jego ramion. Potem drugą. Potem nogę wokół jego biodra.
Użyłam jego ramion jako dźwigni, wykonałam podskok kolanem, aby unieść drugą i okraczyć
go. Pochylił się we mnie, żeby złapać mnie za tyłek, a jednocześnie rzucił mnie
na plecy do łóżka, a potem był we mnie.
Tak.
Tak.
Wstrzyknięty
narkotyk, którym był Hop, krążył w moich żyłach.
Odzyskałam
go w sposób, po jakim nie mogłam uwierzyć, że kiedykolwiek udało mi się bez
niego żyć.
„Pieprz
mnie, twoja cipka…” - jęknął w moją szyję, gdy jego biodra poruszały się
powoli, stabilnie, słodko. Podniósł głowę, a jego oczy chwyciły moje - „…tak
ciasna, mała. Mokra, gładka rękawiczka. Nie ma nic takiego jak ty, lady. Nic
podobnego do tego piękna.”
Uniosłam
głowę, przyciągając go do siebie jedną ręką, przyciskając swoją klatkę
piersiową do jego, podczas gdy drugą ręką przesuwałam po skórze jego pleców i
nagliłam - „Szybciej, kochanie”.
„Nie
śpieszę się, Lanie.”
„Szybciej,
kochanie” - tym razem była to prośba.
„Bierzesz
mnie tak, jak ja to daję, a ja nie spieszę się.”
Jęknęłam
moje rozczarowanie w jego usta.
Hop
mnie pocałował.
Tak
było lepiej.
Nie
spieszył się, ale zrobił to, całując mnie.
Potem
poszedł szybciej.
To
też było lepsze.
Potem
mocniej.
Tak
było nawet lepiej.
Potem
jego ręka przesunęła się po moim brzuchu w dół i znalazł mnie kciukiem.
To
było najlepsze i wiedziałam o tym, bo doszłam. Ciężko. Eksplozja rozdzierająca
w swej pięknej intensywności.
„Spójrz
na mnie, Lanie.”
Z
wysiłkiem, gdy to, co mi dał, przeszło przeze mnie, wyprostowałam głowę i
powoli otworzyłam oczy.
Wpatrywał
się we mnie, poruszając się we mnie.
„Najpiękniejsze
oczy, jakie kiedykolwiek, kurwa, widziałem” - częściowo wymamrotał, a częściowo
warknął, wchodząc szybciej, głębiej, gdy jego kciuk wciskał się i wirował, a moje
biodra szarpnęły.
„Hop”
- odetchnęłam, nie do końca schodząc, kiedy stało się niemożliwe i zaczęło się
od nowa budować.
„Tęskniłem
za twoimi oczami, mała” - wyszeptał, jego biodra napięły się szybko, a kciuk
mocno wcisnął.
„Hop”
- wydyszałam, a moje kończyny wokół niego napięły się.
„Tęskniłem
za tobą, lady.”
O
Boże.
Przycisnęłam
usta do jego. Jechał mocno biodrami i mocno zacisnął kciuk, a następnie
zatoczył kółko.
Najlepsze.
Właśnie
miałam to, co najlepsze i, Boże, Boże,
on to ulepszył.
„Też
za tobą tęskniłam, Słonko.”
To
byłam ja, dzieląca się tym, czym nie powinnam, robiąca to, czego nie powinnam,
trzymająca się mocno, unosząca biodra, by wydobyć z niego jak najwięcej,
szukająca jego kciuka, przyciskająca się do jego ciała, z ustami poruszającymi
się na jego.
„Wiem,
że tak, mała” - jęknął, zanim jego język wsunął się do moich ust, a kciuk
wykonał manewr, który powinien zostać opatentowany. Mój drugi orgazm przeszył
mnie tak głęboko, że musiał zostawić wewnętrzną bliznę i jęknęłam w dół jego
gardła.
Usadowił
się do korzenia, a jego chrząknięcie zamieniło się w jęk, który uderzył w mój.
Całowaliśmy
się podczas naszych orgazmów i ciężkiego oddechu, cudownie i pięknie, i dopiero
kiedy się zsunęły, jego usta i wąs ześlizgnęły się po moim policzku do szyi, gdzie
dał mi słodki trzask po oszałamiającym haju.
Trzymałam
się, czułam to, zapamiętywałam, każdy centymetr: jego kutasa zakopanego
głęboko, jego ciężar na mnie, zapach, ciepło, usta, łaskotanie jego wąsów, jego
wszystko.
Zanim
zdążyłam dokonać tego wyczynu, przemówił.
„Śpisz
tutaj.”
Zamknęłam
oczy i moje kończyny drgnęły, a potem się rozluźniły, żeby się przygotować do
odepchnięcia go.
Jego
biodra przycisnęły się do moich. To było naprawdę dobre, co było naprawdę złe i
radziłam sobie z tym, kiedy jego głowa podniosła się.
„Śpisz
tutaj. Kiedy pozwolę ci spać, nie zrobisz tego w ciuchach zdziry, ale w mojej
koszulce, a jutro, kiedy się obudzimy, porozmawiamy.”
„Hop…”
„Zamknij
to.”
Zamknęłam
się, ale moja zdezorientowana, przerażona, post-orgazmiczna mgła ustąpiła, więc
zamknęłam to gapiąc się.
Zanim
zdążyłam go oskarżać za to, że kazał mi to zamknąć, znowu zaczął mówić.
„Dzisiaj
upiłaś się i prawie zostałaś zgwałcona. Jutro porozmawiamy o tym, co masz w
głowie, co czeka nas w przyszłości i jak to rozegramy. Nie zamykasz się na
mnie. Nie wykluczasz mnie. Próbowałem ci to dać, prawie zostałaś zgwałcona.
Skończyłem ci to dawać.”
„Nie
mamy przyszłości” - poinformowałam go.
„Mamy
przyszłość” - poinformował mnie Hop.
„Nie
mamy”.
„Lady,
mamy”.
Moje
oczy zwęziły się i warknęłam głośno - „Nie mamy!”
Uśmiechnął
się i wskazał - „Siedzi głęboko, mała. Jak pozbędę się tej prezerwatywy, będę
cię zjadać, dopóki nie dojdziesz, bo tęsknię za tobą na języku. Potem znowu cię
przelecę i może pozwolę ci na mnie zejść, zanim znowu cię przelecę. Chcesz
dalej się kłócić, zrobimy to jutro, kiedy… my…” – jego uśmiech nie zniknął, gdy
jego twarz zbliżyła się bliżej – „…porozmawiamy.
Teraz muszę się pozbyć tej prezerwatywy. Zamierzasz zrobić coś głupiego, więc
muszę cię przykuć do łóżka?”
Jego
ostatnie słowa sprawiły, że zamrugałam ze zdziwienia, a moje zdziwienie było
takie, że zapomniałam, jak bardzo podnieciły mnie jego pierwsze słowa i jak
jego wcześniejsze słowa mnie wkurzyły.
Dlatego
z ciekawością i głupotą zapytałam - „Masz kajdanki?”
Hop
poruszył się, szybko i nieoczekiwanie. Wyszedł. Sapnęłam. Pocałował mnie w
gardło, po czym przeturlał moje ciało i zostałam wyprostowana w łóżku. Zanim
się zorientowałam, jedną rękę miałam podniesioną i jedna bransoletka z kajdanek
była na moim nadgarstku, a druga wokół listwy w jego wezgłowiu.
Przechyliłam
głowę do tyłu. Wpatrywałam się w mój nadgarstek przykuty do łóżka.
„Tak,
Lanie, mam kajdanki.” - Hop stwierdził oczywistość.
Moje
oczy powędrowały do niego.
Uśmiechnął.
Warknęłam.
Tak,
właśnie: warknęłam.
Uśmiechnął
się.
„Rozkuj
mnie!” - zawołałam.
„Może,
kiedy wrócę z łazienki.”
„Hop,
nie ruszaj się, zanim mnie rozkujesz” - zażądałam.
Pochylił
się i pocałował moją klatkę piersiową, a potem zrobił dokładnie to, czego mu
nie pozwoliłam i stoczył się z łóżka, podciągając dżinsy w górę bioder.
„Hopperze Kincaid, rozkuj mnie!” - wrzasnęłam.
Zatrzymał
się w drodze do łazienki i zwrócił do mnie.
„Nie
wiem, mała. To ruletka. Często tu są, więc Tyra i Tack mogą być na końcu
korytarza.”
Moje
usta się zamknęły.
Hop
wybuchnął śmiechem.
To
mnie zirytowało, bo wyglądał dobrze, robiąc to.
Zawsze
wyglądał dobrze, śmiejąc się, ale jakoś, nawet wściekła, przykuta do łóżka, zostałam
uderzona tym, że wyglądał lepiej, robiąc to w swoim pokoju, bez koszuli, w
rozpiętych dżinsach, po tym, jak właśnie spał ze mną.
Cholera!
Spojrzałam
na niego i patrzyłam, jak on i jego wspaniały tyłek wchodzą do łazienki.
Opadłam
na łóżko i szarpnęłam kajdankami, żeby sprawdzić, czy listwa nie jest luźna.
Nie
była.
Przestałam
to robić, wpatrywałam się w sufit i kipiałam.
Przeważnie
kipiałam dlatego, że Hop przykuł mnie do łóżka, uśmiechał się i wyglądał
dobrze, śmiejąc się, kiedy byłam zła, i robiłam to, żeby nie wściekać się na siebie
za to, że wstałam z łóżka o północy, w niewytłumaczalny sposób znalazłam
kłopoty, które mogły zmienić życie w zły
sposób i skończyłam noc nieco nago, przykuta do łóżka Hop’a w Chaosie.
Poczułam,
że Hop wraca do pokoju, ale tak bardzo skoncentrowałam się na kipieniu, że nie
spojrzałam na niego. Stało się to trudniejsze, gdy łóżko się poruszyło, gdy
wszedł na nie. Stało się jeszcze trudniejsze, kiedy jego dłonie owinęły się
wokół moich kostek, rozsunął je i uniósł, podnosząc moje nogi w kolanach i
stawiając stopy na łóżku.
„Będziesz
się wkurzać, kiedy na ciebie zejdę?” - zapytał. Pochyliłam brodę i zobaczyłam
go na przedramionach między moimi nogami i coś w tym było wyjątkowo seksowne.
Może
dlatego, że był gorący i wyglądał na rozbawionego i…
Cholera.
…szczęśliwego.
Nie
powiedziałam ani słowa. Tylko spojrzałam.
„Potraktuję
to jako tak” - mruknął.
„Bierz,
co chcesz, i tak zamierzasz” - warknęłam.
„Cholerna
racja” - stwierdził, spuścił głowę, pocałował mnie w brzuch, a następnie zsunął
się, by chwycić moje kostki.
Zarzucił
je na swoje ramiona.
Zamknęłam
oczy i, wbrew mojej woli, moje ciało przygotowało się na błogość. Zrobiło to z
doświadczenia. Hop lubił mój smak. Nie ukrywał tego i nie ukrywał też, że lubił
mnie owiniętą wokół niego, gdy chował twarz między moimi nogami. Kiedy mnie
zjadał, robił to z moimi nogami założonymi na ramiona, żeby mógł jeść ze mną
dookoła, czuć moje podniecenie, kiedy wbijałam mu pięty w plecy, chwytać mnie
rękami za tyłek, mocno ssać i zakopywać język głęboko.
Opuścił
do mnie usta.
Po
jednym dotknięciu obcasy moich butów wbiły się, a szyja wygięła się w ekstazie.
Tylko
uwaga: nie można było być wkurzonym na przystojnego mężczyznę, kiedy miał usta
między twoimi nogami.
Zwłaszcza
jeśli naprawdę, naprawdę wiedział,
jak używać tych ust.
Więc
nie zrobiłam tego.
Nasza
noc przebiegała tak, jak powiedział Hop.
Wyczerpana
zasnęłam przy nim.
Ubrana
w jego brudną koszulkę.
Dziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuję ❤️
OdpowiedzUsuńDziękuję, coś czuję że będzie się działo
OdpowiedzUsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńDziękuje
OdpowiedzUsuń